czwartek, 17 stycznia 2013

Lniana historia...

Widzę oczami wyobraźni widok z otwieranego na zewnątrz, skrzynkowego okna drewnianego domu, za nim pochylony stary płot z wyszczerbionym garnkiem glinianym a dalej błękitne pole...
Nie, nie, to jeszcze nie ta pora roku - ale to już niedługo. Dlaczego zaczęłam od pola lnu, bo tak zaczyna się jego historia, no może nie od kwitnienia ale od siewu. Najlepsze plony daje wczesny siew, od niego zależy jakość i wygląd włókien a co za tym idzie jakość tkaniny.  Kolejną ważną rzeczą są warunki atmosferyczne - na to człowiek niestety nie ma wpływu. Ale istotne jest to kiedy len jest zbierany - odpowiedni termin daje  gwarancję najlepszego zbioru. Włókna przetrzymane na polu robią się zbyt zdrewniałe. Pracy przy uprawie lnu jest sporo, ale jak pomyślę jaka jeszcze droga do uzyskania tkaniny, to końca nie widzę. Szczerze podziwiam nasze babcie kiedy robiły wszystkie prace ręcznie. Od zbioru lnu do czasu kiedy trafi na krosna  sporo się trzeba napocić, przed nami jeszcze:
- suszenie,
- odziarnienie i młócenie
- roszenie (bo układano na łące i rosa robiła swoje) albo moczenie (to dla tych, którzy mieli dostęp do rzeczek, strumyków czy też zbiorników wodnych) - dzięki grzybom i pleśniom włókna oddzielały się od paździerzy (zdrewniałych części łodyg)
- międlenie aby połamać włókna i trzepanie by oddzielić je od paździerzy
- czesanie
Ja już się zmęczyłam...
Ale dopiero mamy włókna:




ten kot wie co dobre:)


To nie są zdjęcia czarno-białe, ten len tak wygląda. Teraz robimy przędzę i mamy motek w rozmiarze XXL,


z którego moja kochana mama zrobiła dla mnie ten piękny obrus, efekt jest zaskakująco inny niż przy niciach, bo jest to przędza, z której tkany jest materiał - przędza ma inny skręt niż nici. Obrus nie jest jeszcze krochmalony i na razie zostanie w tej wersji - taki mi się podoba.








poniżej obrus leży na lnie utkanym z tej samej przędzy







***

Przed nami podobno mroźny i śnieżny weekend, sanki nasmarowane?
 Czy sanki się jeszcze smaruje? Gdzie te czasy kiedy jeździło się na byle czym? 
Na naszej górce plastiki w przewadze, moje młodsze dziecię też na plastikowym czymś śmiga.
 A ja pamiętam, że pewnej zimy jeździłam na kaflach z kuchni, którą ktoś rozebrał i wyrzucił niedaleko górki. To była jazda, lepszej nie trzeba - jeden większy pod pupę, albo dwa na nogi. Że się nikomu nic nie stało:)



Miłego piątku,
Marta

89 komentarzy:

  1. a my śmigaliśmy na plastikowych workach z sianem w środku ;)
    wiesz, że kiedyś miałam przyjemność zbierać len z pola? :)
    bardzo lubimy Polską legendę 'O tym jak to ze lnem było' - znasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jakże, mam nawet wersję z dzieciństwa mojej mamy, stareńka:))
      podobno u Was śnieżek spadł?

      Usuń
    2. spadł, ale po dzisiejszej ulewie zniknie nawet z miejsc w których się cudem uchował ;)

      Usuń
  2. Ale piękny obrus:)
    Ja też śmigałam na worku z sianem:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Len.... ach jak go lubię :) dziś właśnie szyłam poduszki z takiego surowego lnu i pomyślałam o Tobie :)) a tu masz jak na zawołanie jesteś z lnem i to jeszcze w tak ekskluzywnej wersji jaką jest ta cudna serweta.
    A sanki takie megastare mam, nie są to chyba sanki z mojego dzieciństwa, choć nie jestem pewna (ostatnio ich fragment pokazywałam na blogu)
    Plastikowe owszem moje dziecka mają, ale ja najbardziej lubię drewniane. To takie prawdziwe sanki.
    Na miskach, workach i innych cudakach nie zjeżdżałam. My klasycznie na sankach zawojowywaliśmy zimę.

    Uściski Marto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ach pamiętam te Twoje saneczki - cudne:) ja miałam takie drewniano metalowe, ale mój brat testował zjazdy różnymi technikami i nawet te metalowe płozy nie wytrzymały:)) Mój mąż wspomina, że u nich chłopcy jeździli na łokarynach - to taki wynalazek: kawałek deski a od spodu przymocowane takie łyżwy, które przykręcało się do butów, wyobrażasz sobie jakie to musiało być śliskie?
      pozdrawiam

      Usuń
  4. cudne te lniane nici:))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. och żebyś wiedziała, zostało jeszcze sporo i już dumam co z nich zrobić:))

      Usuń
  5. ależ piękny obrus!!!!
    a sanek w zyciu nie smarowałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no jakże to, smarowało się, żeby poślizg był większy:))

      Usuń
    2. rany.. pamiętam, że narty smarowałam. świeczką!
      ale smarowania sanek nie pamiętam.. choć już nie zarzekam się, że tego nie robiłam ;)

      Usuń
  6. Martuś, teraz to już wszystko jasne...:). Niedaleko pada jabłko od jabłoni...<- w najlepszym tego zdania znaczeniu:)
    Obrus niesamowicie piękny:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Martuś no to poległam !!! Ten kolor lnu jest przecudowny !!!! a obrus ??? moje marzenie no bajka po prostu !!!! i teraz już nic innego nie będę robić tylko rozmyślać co tu jak tu :))) Miłej nocki !!!!
    ps. a sanki ?? jutro śmigamy i smarujemy :))))

    OdpowiedzUsuń
  8. Przepiękny ten szydełkowy obrus z lnu:)))))))
    Len zawsze kojarzył mi się ze zgrzebną tkaniną, a w wersji szydełkowej jest oszałamiający.

    Pozdrawiam Patti

    OdpowiedzUsuń
  9. Martuś obrus przepiękny, aż mi mowę odebrało. Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy ja dobrze rozumiem, że Ty uprawiasz len? Nie śledzę Twojego bloga od początku także nie wiem czy już wcześniej o tym pisałaś. Ale jest to niesamowite jeśli robisz to sama:)

    Obrus wyszedł cudownie, powtórzę się za innymi, ale to niesamowity bieżnik, naprawdę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no na tym etapie to jeszcze nie jestem, ale nie broniłabym się przed taką wersją wydarzeń - móc utrzymać się z uprawy lnu...
      uściski

      Usuń
  11. Ukłony dla Mamy, obrus jest piękny! Wygląda surowo i szlachetnie...
    Nigdy nie wnikałam w proces powstawania lnu, chociaż bardzo go lubię, widzę, że warto :)
    pozdrawiam serdecznie
    marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przekażę ukłony autorce:) obrus jest naprawdę piękny, Gabrysia przymierzała nawet jakby z niego zrobić bluzeczkę :))
      buziaki

      Usuń
  12. hej Martuś :)
    świetny post, z którego sporo się dowiedziałam nowego - dziękuję!
    w ubiegłym roku byliśmy u moich dziadków na mazurach i tam było takie muzeum artystyczne, gdzie w wiejskich mazurskich chatach były porozkładane różne przedmioty i zaaranżowane na izby z dawnych lat... w jednej z nich znajdowała się właśnie przędza, pokazane były wszystkie etapy przez jakie przechodzi len... cudne sprzęty z dawnych epok i ten mazurski klimat to było to! :) Twoja mama to zdolna kobitka! ten obrus jest niesamowity:) już wiem po kim odziedziczyłaś zdolności:)
    brawa się należą!
    a co do zimy to rzeczywiście mróz podobno idzie straszny:) na kaflu powiadasz? a to dopiero! słyszałam o wielu sposobach, ale o takim nie:P chyba musżę wypróbować, tylko skąd tu kafel wziąć?;)
    buziaki i dobrego weekendu już teraz życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uwielbiam takie warsztaty, gdzie na żywo można prześledzić cały proces, naprawdę fajna sprawa:)
      a co do kafla, to może być problem, ale pamiętam kolegów zjeżdżających na miednicy emaliowanej:))
      buziaki

      Usuń
  13. Ojej ten obrus po prostu mnie powalił... uwielbiam naturalny len, ale taki obrus to mistrzostwo.
    Tak czasy, gdy jeździło się na byle czym...

    OdpowiedzUsuń
  14. Przepiekny ten obrus! Nigdy sie jeszcze z takim wykorzystaniem lnu nie spotkalam
    Gratuluje i pozdrawiam
    A(polonia)

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo lubię len też jako roślinkę :) Produkty z tej cudownej subtelnej rośliny , zawsze będą mnie zachwycać , tak jak ten przepiękny obrusik no i Twoje zdjęcia też mnie urzekły .
    Miłego dnia !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. roślinka jest śliczna, te kwiatki takie delikatne...
      przypomniało mi się, że kiedyś do mamy przyszła młoda nauczycielka z bardzo skromną suknią ślubną (takie zresztą były czasy) z prośbą o wyhaftowanie kwiatków i mama zrobiła cały dół w kwiatki lnu właśnie. Nauczycielka miała łzy w oczach...

      Usuń
  16. Marta len w każdej postaci wygląda pięknie, nawet ten jeszcze nie w motku ...
    Obrus PRZEPIĘKNY !!! widać, że zdolności rodzinne macie, taka Mamusia to skarb :)
    Ps. kiedyś całe ferie zimowe spędzało się na sankach, wpadaliśmy tylko na chwilę na obiadek i do wieczora na górkach :))) to były czasy ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama jest największym skarbem to dzięki jej cierpliwości umiem robić to co robię:))

      Ach... gdzie te zimy, teraz na dzieci dmucha się i chucha, żeby się tylko nie przeziębiły, a my całe popołudnia i wieczory na górce, rękawice nie nadążały wysychać, a jeździło się na czym się dało:))

      uściski

      Usuń
    2. Te nasze Mamusie, cudowne to :)
      Chyba za mocno chuchamy na te nasze dzieci, trzeba je trochę przemrozić ... ;)))
      Ja dziś swoją jedną przemroziłam na górce ;)

      Usuń
    3. a no właśnie, wczoraj mój syn wychodząc na sanki spytał mnie ile może być tak najdłużej aby się nie przeziębić - mnie do głowy by nie przyszło żeby o takie rzeczy pytać:))), siedziało się na maksa
      ale masz rację to chyba my jesteśmy zbyt zapobiegliwe, dzieciaki nie mają szansy aby się zahartować w naturalny sposób, ale kiedy mają to robić, 16-ta jest już ciemno, mamy takie czasy, że dziecka samego nie puścisz już o tej porze mimo, że górka pod nosem, sama tylko w weekend mam czas, żeby z nimi pójść - nas nie trzeba było pilnować, było bezpieczniej - mama tylko przez okno krzyknęła, że pora do domu...
      jakoś trzeba się przystosować:))
      uściski

      Usuń
  17. jejciu piekny ten len i dziekuję ,ze pokazałaś mi go w takiej postaci... obrus mamusinymi rekami wyczarowany tez cudny , cuda cuda powiadacie , ale lnu jako rosliny jeszcze nie widziałam , a moze tak? tylko nie wiedziałam ,że to on....
    za młodu ;p jeździło się na sankach metalowo drewnianych , bądź drewnianych ,ale i czasem na workach ja nawet z górki na łyżwach jeździłam to był wyczyn ...hihihihi ,ale kto wtedy myslał o bezpieczeństwie.... (rodzice na pewno! ;) )
    pozdrawiam
    Ag

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. juz wiem jak wyglada roslinka piekna jest :)

      Usuń
    2. ja w tym roku spróbuję wyhodować w doniczce, zobaczymy co z tego wyjdzie:)
      pozdrawiam

      Usuń
  18. Niesamowity! Twoja mama to bardzo zdolna kobieta!
    Fajnie, że pokazałaś "historię" lnu :)
    Chętnie poszalałabym na sankach, ale obawiam się, że sie w nie nie zmieszczę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. e tam, nie zmieszczę...
      nie szukaj wymówek :)
      ja się wybieram :))
      buziaki

      Usuń
  19. cudny len , cudna opowieść i cudne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ten obrus to mistrzostwo świata! Wow, przepiękny jest!!! Nie miałam pojęcia, że tyle pracy jest potrzebne żeby wyprodukować tak kochany przez wszystkich kawałek materiału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pomyślę, że kiedyś te wszystkie czynności robiono ręcznie to naprawdę szacunek dla tych którzy to wykonywali - naprawdę ciężka praca,
      a podobno śnieżek do Was przyszedł:))
      miłego weekendu

      Usuń
  21. Znowu się czegoś dowiedziałam :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Piekny obrus, a jaki kolor, skąd miałaś przędzę...ja jeżdziłam na plastkiowym worku wypełnionym sianem, ale miał przyspieszenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przędzę kupił mi znajomy, ale widywałam na allegro,
      oj, worek był niezły:))

      Usuń
  23. Ostatnio tata opowiadał mi ze szczegółami o obróbce lnu na wsi w czasach przedwojennych. Był wtedy małych chłopcem, ale pamięta dokładnie jak to było. Z tego co opowiadał i czytam u ciebie jestem przekonana, że była to niemal heroiczna praca, ale za to wyobrażam sobie jakim szacunkiem darzono własnoręcznie tkane płótna. Podobna w każdym domu na wyposażeniu były krosna i kołowrotek co dziś wydaje się być czym abstrakcyjnym, a szkoda.
    p.s. Pięknie wygląda ten lniany obrusik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwi mnie, że te stare lny osiągają teraz takie ceny :)

      Usuń
  24. Piękny obrus Marto ( ukłony dla mamy). Gdzie jeszcze w Polsce można zobaczyć taką produkcję lnu ? Gdzie ty Marto to widziałaś ? chętnie dzieciom bym pokazała:)
    A pro po mojego bloga to chyba już niedługo założę nafociłam już troszkę, naprodukowałam też:)
    wiec może się odważę wam pokazać :)
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekażę, przekażę, dziękuję:))
      Kiedyś trafiłam w sieci na gospodarstwo gdzie można cały proces prześledzić, nie pamiętam dokładnie ale chyba gdzieś na Podlasiu, Skraperka pisała o Mazurach. Ja widziałam takie w dzieciństwie i też chętnie zobaczyłabym znowu:)
      A te zdjęcia włókna robiłam kiedyś na skupie lnu, teraz żałuję, że nie kupiłam troszkę takich nieprzędzonych jeszcze - można by coś upleść:))
      No i Kochana czekam z niecierpliwością ta Twój blog, daj znać:))
      uściski

      Usuń
  25. Obrus przepiękny !!! nawet ie wiedziałam że można kupić taką przędzę. Moja mama tez robiła obrusy na szydełku ale niestety dziś nie pozwala jej na to słaby wzrok. Ja tego talentu nie odziedziczyłam a szkoda.
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama to bardzo cierpliwa osoba, jak się gdzieś pomyli albo uzna, że coś jej nie pasuje (jakiś niezauważalny szczegół) potrafi całą pracę spruć i robić od nowa:))
      uściski

      Usuń
  26. Super, że nam to przybliżyłaś, a obrus cudowny i te klimatyczne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję:) jeszcze jedną ciekawą sprawą jest to, że kiedyś włókna na tkaniny pozyskiwano również z pokrzywy, niejednokrotnie szynele żołnierskie właśnie z niej były robione :)
      pozdrawiam

      Usuń
  27. Cudownie mieć taką babcię... Przepiękny obrus, niezwykła pamiątka dl apokoleń. Oh! jak ja bym chciała mieć babcię, tak mi się teraz nostalgicznie tu u Ciebie zrobiło, ale miło :).

    Dziękuję Ci za ten klimat. Tutaj zawsze jest jakiś inny świat :*

    OdpowiedzUsuń
  28. Takich historii "technologicznych" uczylam sie dawno temu w szkole :)
    Obrus jest przepiekny, niezwykly!
    Usciski
    ps: a ja mam sanie ktore kowal stworzyl specjalnie dla mne, tylko ilekroc jestem w zimie w pl. nie ma sniegu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam nadzieję, że nic nie przekręciłam ;)
      zadbaj o swoje sanki - taka pamiątka, moje nie wiem gdzie są, ach mój brat je wykończył:)
      pozdrawiam

      Usuń
  29. Nádhera .... úžasné fotografie, hlavně ta s kocourem .... Marki

    OdpowiedzUsuń

  30. Roslinka jest piekna i jak by tego bylo malo ,to jeszcze pieknie pachnie:)
    A obrus sliczniutki ...jaka Matka taka Corka :))
    Pozdrawiam Grazyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale przy mojej mamie to ja zaledwie czeladnik jestem:))
      uściski Grażynko

      Usuń
  31. Marta Ty jestes naprawde niesamowicie zakochana w tym lnie...Podziwiam z jak wielka subtelnoscia skladasz "hold" dla tej pieknej tkaniny...Ja tez uwielbiam ! No i Ty potrafisz z tego materialu wyprawiac cuda...podaj mi twoj adres przez maila ,jak wpadne na cos ciekawego na starociach to z checia podziele sie z Toba..
    wspanialej niedzieli Ci zycze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu dziękuję bardzo za propozycję, ach te francuskie lny....

      Usuń
  32. Koniecznie wyściskaj Mamę za ten obrus i powiedź, że wszyscy się nim zachwycają! Cudny. I że uszyłaś obrus do kompletu z tej samej przędzy! Skąd Ty bierzesz te "snopki"? :)))
    Ucałowania Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mama już kombinuje co zrobić z resztą przędzy :))
      A snopki upolowałam kiedyś przejazdem zahaczyłam o skup włókna lnianego, akurat udało mi się, że mieli na stanie:))
      pozdrawiam

      Usuń
  33. cudny len,zarówno tkanina jak i obrus,zazdroszczę:)głównie mamy:)

    OdpowiedzUsuń
  34. Obrus cudowny!!! Ja też uwielbiam len, mam nawet jakiś kawałek bardzo stary, znaleziony na strychu, z dawnych czasów. Nawet użyłam go na kartki.... http://www.jblasz.blogspot.com/2012/09/len-na-wage-zota.html
    Podoba mi się Twój blog, zostaję tutaj i zapraszam do siebie:)

    OdpowiedzUsuń
  35. przepiękny obrus! dzieło sztuki!

    OdpowiedzUsuń
  36. Obrus jak marzenie, aż pragnę dotknąć .... a i już wiadomo po kim odziedziczyłaś zdolne rączki.
    Pamiętam z dziecięcych lat taką bajkę "jak to ze lnem było".
    Sama posiadam obrus utkany przez moja praprababcię i jest dla mnie jak relikt, świętość, bo to właśnie od siewu się zaczęło i przetrwało prawie 200 lat.
    Uściski Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. po babciach niestety nie mam takich pamiątek,jedynie trochę płócien, które już z mamą zagospodarowałyśmy, ale mamusinych obrusów szydełkowych i haftowanych mam sporo - kocham je i dbam jak o największe skarby :)

      Usuń
  37. Och, zaparło mi dech z zachwytu - taki obrus to spełnienie marzeń. Masz bardzo zdolną i kochaną mamę.
    Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mama teraz dla 2 wnuczek robi różne skarby, bo dziewczyny już nastolatki zamówiły sobie:)

      Usuń
  38. CUDO!!!! Przepiękny obrusik! Masz bardzo zdolną mamę :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  39. Przepiękny obrusik , zachwycałyśmy się z córką , ona zaczęła właśnie naukę szydełkowania, ma cierpliwość może jej sie uda, pozdrawiam Danka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za córę, żeby jej się nie znudziło, moja jeszcze bakcyla nie złapała, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu:)
      uściski

      Usuń
  40. Wspanialy post a dotego fantastyczne zdjecia! Znalazlam Twoj blog przez przypadek na wloskiej stronie u Liety w "La buca delle fate" :-)
    Dolanczam sie szybko do grona sluchaczy bo tyle tu ciekawych rzeczy u Ciebie!
    Oczxywiscie przekaz mamusi ze obrus wspanialy!
    Pozdrawiam serdecznie!
    Grazyna

    OdpowiedzUsuń
  41. Obrus - koronkowa robota :)))
    Cudny i w bajecznie kolorze...

    U nas śniegu nie ma, błoto wszędzie bo i drogi polne mamy...

    OdpowiedzUsuń
  42. What an awesome courser. I really adore your handcrafts.

    Best wishes
    I.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...